Strona główna  /  Beatyfikacja Kardynała Stefana Wyszyńskiego  /  Rok 2020  /  Miejsca uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

Miejsca uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

 Kontynuujemy cykl prezentujący osobę i nauczanie kard. Stefana Wyszyńskiego. W poprzednim odcinku doszliśmy do momentu aresztowania Prymasa Wyszyńskiego w 1953 roku i wywiezienia go do Rywałdu.

„Coraz wyraźniej widzę, że miejscem najwłaściwszym na obecny moment bytowania Kościoła jest dla mnie więzienie" - zapisał Prymas Wyszyński w Rywałdzie 7 października 1953 r.

Ubolewał nad tym, że nie może spełniać swoich obowiązków biskupich, że został bezprawnie pozbawiony wolności. Miał głębokie poczucie wyrządzonej mu krzywdy. Wyraźnie domagał się swoich praw. Liczył się z tym, że w każdej chwili mogą go po prostu zabić, albo wywieźć gdzieś poza Polskę, np. w głąb Rosji. Z drugiej jednak strony potraktował ten czas jako wielkie rekolekcje, które są okazją do pogłębienia więzi z Bogiem. Był to również czas bardzo płodny duchowo. Czy gdyby nie to uwięzienie, powstałyby Jasnogórskie Śluby Narodu, a także program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do milenium chrztu Polski? W życiu wielu świętych spotykamy podobne okresy kompletnego ogołocenia, kiedy wielkiemu cierpieniu towarzyszy poczucie bezradności, niepewności, niesprawiedliwości. Np. św. Jan od Krzyża był więziony w koszmarnych warunkach przez swoich zakonnych współbraci, ale to właśnie tam przeżywał głębokie doświadczenia mistyczne i napisał jedno ze swoich największych dzieł: „Pieśń duchową".

 Kilka dni po aresztowaniu Prymas Wyszyński narysował na ścianach swojej celi stacje Drogi Krzyżowej. „Dziś <erygowałem> sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianach, ołówkiem, nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem. Resztę - Ecclesia supplet (łac. Kościół uzupełni)" - zapisał Prymas w niedzielę 4 października.

Ale w Rywałdzie przebywał krótko, nieco ponad dwa tygodnie. Już 12 października przewieziono go do Stoczka Warmińskiego. Tam, w zrujnowanym klasztorze, miał spędzić kolejny rok. Wprowadzono go na piętro i oświadczono, że ma do dyspozycji dwa pokoje, kaplicę, korytarz i ogród, a obok mieszka ksiądz kapelan i siostra zakonna. Budynek był naszpikowany urządzeniami podsłuchowymi, otoczony wysokim murem i pilnowany bezustannie przez armię funkcjonariuszy. Władze opracowały nawet plan obrony klasztoru, gdyż obawiały się, że ktoś będzie chciał odbić Prymasa siłą z lądu lub powietrza. Np. gdy na Bałtyku pojawiał się okręt wojenny NATO, w Stoczku natychmiast wprowadzano stan pogotowia bojowego.

Zaraz pierwszego dnia do pokoju Prymasa przyszedł wspomniany kapelan, ks. Stanisław Skorodecki, przywieziony tutaj wprost z Rawicza, gdzie odsiadywał karę więzienia. Wysoki, szczupły, wynędzniały kapłan zaczął płakać i usprawiedliwiać się, że o niczym nie wie, a może być posądzony o to, że jest na usługach wywiadu. - Istotnie, drastyczna to sytuacja dla księdza, ale o tym później. Proszę, by ksiądz nie uważał się za kapelana, gdyż nominację na swego kapelana mogę dać tylko ja sam, a nie władze bezpieczeństwa. Chcę widzieć w księdzu tylko współbrata-więźnia, jak i sam jestem więźniem. A resztę przyszłość wyjaśni. Niech ksiądz teraz idzie spać, zaczniemy jutrzejszy dzień od Mszy św., a później sobie pomówimy - powiedział Prymas.

Potem przyszła jeszcze siostra Maria Leonia Graczyk, więźniarka przywieziona z Grudziądza. Ona - jak zauważył Prymas - była jeszcze bardziej wynędzniała niż ks. Skorodecki, drobna, szczupła, blada. Potem okazało się, że oboje - siostra Leonia i ks. Skorodecki - byli tajnymi informatorami SB i donosili na Wyszyńskiego.

„Opiekunowie" zgodzili się aby Prymas napisał list do swojego Ojca Stanisława. 17 października 1953 r. napisał więc m.in.: „Pragnę Cię zapewnić, Drogi Ojcze, z tą prawdą wewnętrzną, jaką zawsze we mnie widziałeś, że w obecnych warunkach swojego życia jestem w pełni spokojny i ufny. Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłańską w świątyniach, ale mogę służyć im modlitwą. I to czynię przez cały niemal dzień. Mam radość odprawiać co dzień Mszę św. w kaplicy domowej, korzystam z towarzystwa jednego z kapłanów, który pełni obowiązki «kapelana», i siostry zakonnej, która opiekuje się naszymi potrzebami domowymi. Czas wypełniam lekturą, modlitwą i spacerem w rozległym parku. Zdrowie mi w pełni służy. Bóg nie odmawia swoich radości i nad wyraz dobrej Opatrzności".

Prymas nie musiał dostosowywać się do żadnego narzuconego odgórnie planu dnia. Mógł go wypełniać, oczywiście zachowując warunki uwięzienia, tak jak chciał. Nikt go rano nie wyciągał na siłę z łóżka, mógł więc spać długo, ale on wyznaczył sobie klasztorny rytm życia.

            Zanotowany 20 października 1953 r. przez Prymasa plan dnia przedstawiał się następująco:

            5.00 - Wstanie.

            5.45 - Modlitwy poranne i rozmyślanie.

            6.15 - Msza św. ks. Stanisława.

            7.00 - Moja Msza św.

            8.15 - Śniadanie i spacer.

            9.00 - Horeae minores (brewiarzowe godziny mniejsze - przyp. red.) i cząstka różańca.

            9.30 - Prace osobiste.

            13.00 - Obiad i spacer (druga cząstka różańca).

            15.00 - Nieszpory i kompletorium.

            15.30 - Prace osobiste.

            18.00 - Matutinum cum Laudibus (brewiarzowa Godzina Czytań i Jutrznia - przyp. red.).

            19.00 - Wieczerza.

            20.00 - Nabożeństwo różańcowe i modlitwy wieczorne.

            20.45 - Lektura prywatna.

            22.00 - Spoczynek.

 

            Ten plan dnia wypełniany był oczywiście pod ścisłym nadzorem „opiekunów", których było bardzo dużo. „Stanowią swój świat, żyjący obok, z zainteresowaniem wyraźnie skierowanym na nas - zanotował Prymas. - Przy szklanych drzwiach, wychodzących na korytarz, za matową szybą, stoi niewielki stół, na nim lampa z zielonym kloszem; przy lampie człowiek nad książką. Każde poruszenie drzwi odrywa jego uwagę od lektury. I tak jest okrągłą dobę. Zmieniają się tylko ludzie, ale «praca przy kasie» ma ten sam wymiar i wartość. Nie widać wprawdzie wśród naszych dozorców typów o wyrazie «intelektualistów», ale książka jest jedynym środkiem opanowania nudy. Na dole, przy drzwiach, czuwa drugi pan z książką; dystrakcją dla niego są kołatania do drzwi podwórzowych, które ma obowiązek otwierać. I tam służba trwa okrągłą dobę. Co robią inni ludzie, których kręci się po domu wielu, na razie trudno ustalić. Dom jest oświetlony całą noc; niekiedy światła palą się i w dzień. Podobnie jest w podwórzu i od drogi. Wokół parkanów czuwają straże wojskowe, słychać ich niecierpliwe tupanie zewsząd, w ciągu nocy. Drugie piętro jest stale oświetlone; nawet w nocy pokoje emitują światło na ogród przez okna".

            25 października Prymas otrzymał od swojego Ojca pierwszy list, a jego treść bardzo go ucieszyła, gdyż był napisany w takim duchu, w jakim bardzo pragnął. W odpowiedzi 31 października pisał do Ojca: „Wierzyłem bardzo, że Ty, Drogi Ojcze, który przyjmowałeś z lękiem i niepokojem wiadomość o moim wyniesieniu na stolicę lubelską, a później prymasowską - zachowałeś do ostatniej chwili tę pokorę, która jest niezbędna wobec planów Bożych. Wiedziałeś dobrze, że niczego nie uczyniłem w życiu swoim, by do tego wyniesienia dojść. Bóg działał sam: On wybierał, On posyłał, On wymagał. Widzę to w sobie bardzo jasno. A widzenie tej prawdy jest mi dziś bardzo pomocne, by zrozumieć moją obecną sytuację. Bóg nieskończenie miłujący dzieła swoje wszystko czyni według swej natury. We wszystkim więc, co człowieka w życiu spotyka, trzeba dopatrzyć się śladów tej Bożej miłości. Wtedy wstępuje radość do duszy, która może całkowicie zaufać kierowniczej Mądrości Bożej".

            Dalej Prymas zaznacza, że spokojna i ufna radość dominuje w jego obecnym życiu. I podkreśla: „Nie umiem napisać tego, czego doznaję od mojej Pani Jasnogórskiej i Matki. Każda sobota jest wielkim świętem, każdy dzień - przyjaznym wsparciem. Raduję się tym, że pod krzyżem Chrystus oddał nas swej Matce i zobowiązał Ją do macierzyństwa wobec wszystkich swoich dzieci. Chrystus w sobotę był w grobie, ale przy nowym Niemowlęciu, dopiero co narodzonym na krzyżu - przy Kościele - została Jego Matka, jak ongiś w Betlejem. W sobotę niemowlęcym Kościołem rządziła Matka Boga. Dlatego sobota jest taką niezwykłą radością".

            Korespondencja Prymasa była cenzurowana. Nawet jeżeli dostał zgodę na napisanie listu, to nigdy nie było wiadomo, czy dojdzie on do adresata i czy przekazany będzie w całości. I w odwrotna stronę - cenzurowano listy do Prymasa, niektóre przetrzymywano i w ogóle nie dostarczano. A nawet jeżeli dostarczono, to nie dawano mu ich do ręki, ale po prostu mu je odczytywano.

            W Stoczku wielkim cierpieniem dla Prymasa i jego współwięźniów był dotkliwy chłód. „Pomieszczeń w ogóle nie ogrzewano (...), a stojący w rogu piec kaflowy od początku był zepsuty. Nic dziwnego, że wszystkie ściany toczył grzyb. Żeby wyjść do ogrodu, Prymas musiał odgarniać śnieg ze schodów - łopatą zrobioną z deski. Niekiedy zaspy w ogóle uniemożliwiały opuszczenie budynku. (...) Nawet myć się musiał w lodowatej wodzie. Zdarzało się, że woda zamarzała. Bywało też, że w dzień nie mógł pisać, gdyż zamarznięte ręce odmawiały mu posłuszeństwa. To wszystko zrujnowało Wyszyńskiemu zdrowie. Ręce puchły, bolała go głowa, nerki i brzuch. Mimo wielu próśb nie udało mu się uzyskać żadnego lekarstwa ani nawet środka przeciwbólowego. Na skargi czynione pod adresem komendanta słyszał, że sam więzień jest sobie winien, że się tu znalazł" - pisze Milena Kindziuk w książce Kardynał Stefan Wyszyński. Prymas Polski.

            Mimo całej tej niezwykle trudnej sytuacji Prymas pisał: „Nie czuję uczuć nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swoich nieprzyjaciół, zamieniać w uczuciach na braci". Często też powtarzał: „Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził".

            8 grudnia 1953 r. miał miejsce niezwykle ważny dzień, do którego Prymas przygotowywał się od kilku tygodni. Idąc za wskazaniami św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, oddał się przez ręce Maryi w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. „W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła" - zapisał Prymas w Pro memoria.  

            Złożony przez niego Akt osobistego oddania się Matce Najświętszej brzmiał następująco:

            Święta Maryjo, Bogurodzico Dziewico, obieram sobie dzisiaj Ciebie za Panią, Orędowniczkę, Patronkę, Opiekunkę i Matkę moją.

            Postanawiam sobie mocno i przyrzekam, że Cię nigdy nie opuszczę, nie powiem i nie uczynię nic przeciwko Tobie. Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili, co uwłaczałoby czci Twojej.

            Błagam Cię, przyjmij mnie na zawsze za sługę i dziecko swoje. Bądź mi pomocą we wszystkich moich potrzebach duszy i ciała oraz w pracy kapłańskiej dla innych.

            Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich, zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga, w czasie i w wieczności.

            Pragnę przez Ciebie, z Tobą, w Tobie i dla Ciebie stać się niewolnikiem całkowitym Syna Twojego, któremu Ty, o Matko, oddaj mnie w niewolę, jak ja Tobie oddałem się w niewolę.

            Wszystko, cokolwiek czynić będę, przez Twoje Ręce Niepokalane, Pośredniczko łask wszelkich, oddaję się ku chwale Trójcy Świętej - Soli Deo!

            Maryjo Jasnogórska, nie opuszczaj mnie w pracy codziennej i okaż swe czyste Oblicze w godzinę śmierci mojej. Amen.