Strona główna  /  Beatyfikacja Kardynała Stefana Wyszyńskiego  /  Rok 2020  /  Kardynał Wyszyński - po 1953 roku

Kardynał Wyszyński - po 1953 roku

 W cyklu prezentującym osobę i nauczanie kard. Stefana Wyszyńskiego doszliśmy do momentu, kiedy w 1953 roku władze wydały dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Prymas zareagował na to stanowczo. Zażądał, aby państwo nie mieszało się w sprawy religijne, duchowe i wewnętrzne Kościoła. Tym samym podpisał na siebie wyrok. 

Ks. Bronisław Piasecki, ostatni kapelan kard. Wyszyńskiego, w książce „Prymas Tysiąclecia nieznany" wspomina, jak kilka dni przed dramatyczną nocą aresztowania Prymasa do rezydencji przy ul. Miodowej przyszedł przewodniczący Stowarzyszenia PAX Bolesław Piasecki. Namawiał kard. Wyszyńskiego do kompromisu z władzami. Prymas jednak mu odpowiedział: „Powiedz tym lisom, że biskup katolicki ma jeszcze jeden wybór: więzienie".

W piątek 25 września 1953 r. Prymas Wyszyński odprawił wieczorem w kościele akademickim św. Anny Mszę św. w uroczystość bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy. Mówił m.in. o świętości, że jest to „umiłowanie prawdy i wolności". Słuchały go tłumy ludzi. „Stawiła się wielka rzesza; nigdy bodaj kościół nie był tak wypełniony. Nigdy też nie było tak gorąco u św. Anny jak dziś. Ale warszawianie umieją słuchać. Cisza panowała wzorowa. Po Mszy św. udzieliłem błogosławieństwa relikwiami błogosławionego patrona" - zapisał Prymas w „Pro memoria".

Przy wyjściu z zakrystii zatrzymała go młodzież akademicka, którą poprosił o modlitwę: „Mówcie różaniec. Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na różańcu. Mówcie za mnie różaniec".

Po powrocie na Miodową Prymas udał się na spoczynek. O godz. 22.30 do jego rezydencji przyszli funkcjonariusze bezpieki. Dowodzący akcją chciał wręczyć Prymasowi pismo z decyzją o aresztowaniu, która zapadła na posiedzeniu Biura Politycznego. Kardynał zszedł ze swojego mieszkania na dół, tam czekała na niego duża grupa funkcjonariuszy. Był tam też bp Antoni Baraniak, wówczas kierownik Sekretariatu Prymasa Polski. - „Ci panowie chcieli strzelać" - powiedział biskup. - „Szkoda - odpowiedział na to Prymas - wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu".  

Jeden z funkcjonariuszy podał Kardynałowi pismo zawierające decyzję, na mocy której ma on być natychmiast usunięty z miasta i nie wolno mu będzie sprawować żadnych czynności związanych z zajmowanymi dotąd stanowiskami. Prymas został poproszony, żeby podpisać pismo. Na dole kartki napisał więc: „Czytałem" i umieścił swoje inicjały. Przyprowadzono bp. Baraniaka. „Składam księdzu biskupowi oświadczenie - wspomina Prymas w Pro memoria - że to, czego jest świadkiem, uważam za gwałt. Proszę by nikt nie podejmował mojej obrony. W razie procesu, nie chcę adwokatów. Bronić się będę sam".

Po dłuższej chwili przyniesiono mu palto i kapelusz. Sam zabrał tylko brewiarz i różaniec. Na korytarzu postanowił wstąpić na chwilę do kaplicy. „Wstąpiłem na chwilę do kaplicy, by spojrzeć na tabernakulum i na moją Matkę Bożą - w witrażu. Zeszliśmy na dół. Z progu jeszcze raz spojrzałem na obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, wiszący nad wejściem do sali papieskiej, raz jeszcze złożyłem protest i wyszedłem do samochodu. Wsiadło trzech panów. Nie wiem dokładnie, która mogła być godzina, gdy opuszczaliśmy bramę ul. Miodowej. W każdym razie - na pewno po godz. 24.00" - zanotował Prymas.

Z Miodowej samochód skręcił w ul. Długą. Natychmiast otoczyło go sześć innych pojazdów. Prymas tego nie widział, szyby w aucie były bowiem zaklejone. Pojechali do Rywałdu Królewskiego, wsi niedaleko Grudziądza, gdzie od 1747 roku mieści się klasztor kapucynów. Było to pierwsze miejsce uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego. Wprowadzono go do pokoju na pierwszym piętrze, oświadczono, że to jest teraz miejsce jego pobytu i nie należy wyglądać przez okno.

„Zostałem sam - pisze dalej Prymas. - Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: <Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych>. To był pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielką radość. Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: pro nomine Jesu contumelias pati (dla imienia Jezus cierpieć prześladowanie). Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjskiej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidów, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego. (...) Mój brat odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie. Większość księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. (...) Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę docenić to wszystko, co mnie od tych ludzi spotyka".

Tymczasem rząd 28 września wydał oficjalny komunikat, w którym oskarżył Prymasa o zerwanie Porozumienia z 1950 roku i zakazał mu pełnienia funkcji wynikających z dotychczasowych stanowisk kościelnych. Tego samego dnia, pod presją władz, Konferencja Episkopatu Polski wybrała na przewodniczącego Episkopatu bp. Michała Klepacza i wydała wiernopoddańczą deklarację. Napisano tam m.in.: „Episkopat uważa wraz z Rządem za słuszne tworzenie takich warunków, które w interesie Państwa i Kościoła usuwają wszelkie przeszkody stojące na drodze do pełnej realizacji Porozumienia". Na żądanie władz biskupi złożyli też przysięgę lojalności wobec państwa.

„Premier Józef Cyrankiewicz - opowiada ks. Bronisław Piasecki w przywoływanych już tu wspomnieniach - wymusił na biskupach wydanie takiego oświadczenia. Zamknął ich w sali na klucz i powiedział, że nie wypuści, dopóki nie podpiszą. Biskup Klepacz przepraszał za to Prymasa na kolanach, gdy za pozwoleniem władz przyjechał potem do Komańczy. Dosłownie: klęknął, a Prymas go bez słowa przygarnął. (...) Nigdy nie zmarnował okazji, żeby z biskupa Klepacza zdjąć tamto odium. Gdy pierwszy raz po uwolnieniu jechał do Rzymu, zaprosił go do swego przedziału i na Dworcu Gdańskim w Warszawie za rękaw przyciągnął do okna. Dlatego na starych zdjęciach widać dwie ich twarze obok siebie. Po przyjeździe do Rzymu, na dworcu Termini postąpił podobnie, żeby wszyscy widzieli, że nie żywi do biskupa Klepacza urazy".