Strona główna  /  Beatyfikacja Kardynała Stefana Wyszyńskiego  /  Rok 2020  /  Kardynał Stefan Wyszyński

Kardynał Stefan Wyszyński

 Kontynuujemy cykl prezentujący osobę i nauczanie kard. Stefana Wyszyńskiego. Posługę prymasowską zaczął on pełnić w czasach niezwykle trudnych, kiedy władze państwa podjęły ostrą walkę z religią i Kościołem.

Zaczęły się prześladowania biskupów, likwidacja szpitali, szkół i czasopism katolickich, zagrabianie majątku kościelnego.  Komuniści chcieli przejąć również kontrolę nad strukturami i majątkiem „Caritas", Prymas więc musiał więc rozwiązać tę organizację charytatywną.

Prześladowania nie ominęły oczywiście samego abp. Wyszyńskiego. Był on nieustannie inwigilowany. Funkcjonariusze SB codziennie, aż do śmierci Prymasa, spisywali czynności przez niego wykonywane, wszystkie publiczne wystąpienia, zbierano każde, najdrobniejsze informacje o nim, kontrolowano korespondencję, wyniki badań lekarskich i recepty, a nawet zrobiono duplikaty kluczy do mieszkania i pomieszczeń kurialnych.

Urząd Bezpieczeństwa opracowywał charakterystyki Wyszyńskiego. W jednej z pierwszych czytamy: „Jest on zarówno wspaniałym mówcą, jak i pisarzem. Wywiera duży wpływ na otoczenie przez swoją godną, lecz zarazem bliską postać. Wyrozumiały dla innych, lecz ostry dla siebie. Pracuje zazwyczaj po 14 godzin na dobę. Asceta. Nie pali, nie pije. Dużo czasu w godzinach rannych i nocnych poświęca modlitwie. Jest nad wyraz religijny. Otoczenie, w którym się obraca, ma go za człowieka świętego. Pozbawiony jest wad i nałogów. Toteż powszechnie się mówi, że jest on kandydatem na świętego. Kler młodszy uwielbia go, natomiast starsi szanują go, lecz również zazdroszczą mu sławy. Jest to człowiek o rozumnej silnej woli".

Prymas był świadomy odpowiedzialności. Musiał jakoś przeprowadzić Kościół przez ten trudny okres. Zarazem zdawał sobie sprawę, że przynajmniej w najbliższych latach nieuniknione będzie współistnienie Narodu o światopoglądzie katolickim z władzami komunistycznymi. Nie chciał wojny z komunistami, poszukiwał rozwiązań pokojowych. „Kościół zawsze stał na stanowisku rzeczywistości i realizmu: rozmawiał z każdym państwem, które chciało z nim rozmawiać. Rozmawia więc w Polsce i z państwem komunistycznym. To nie koniunktura - na miesiąc czy rok. To zasada" - pisał w Pro memoria.

W 1950 roku Prymas zdecydował się na odważny krok. 14 kwietnia zawarte zostało Porozumienie między Kościołem a rządem. Nie ustępował tam w żadnych najważniejszych dla Kościoła sprawach. „Dlaczego prowadziłem do Porozumienia? Byłem od początku i jestem nadal tego zdania, że Polska, a z nią i Kościół święty, zbyt wiele utraciła krwi w czasie okupacji hitlerowskiej, by mogła sobie pozwolić na dalszy jej upływ. Trzeba za każdą możliwą cenę zatrzymać ten proces duchowego wykrwawiania się, by można było wrócić do normalnego życia, niezbędnego do rozwoju Narodu i Kościoła, do życia zwyczajnego, o które tak w Polsce ciągle trudno. (...) Wydawało mi się, że ułożenie kilku punktów tego modus vivendi jest możliwe i niezbędne, jeśli Kościół nie ma stanąć w obliczu nowego - może przyspieszonego i drastycznego w formach - wyniszczenia" - notował Prymas w zapiskach.

Zawarte Porozumienie wywołało wiele kontrowersji. Nie wszyscy rozumieli to posunięcie. Oskarżano Wyszyńskiego o bratanie się z komunistami, nazywano „czerwonym prymasem". W kwietniu 1951 roku Prymas udał się do Watykanu z wizytą ad limina apostolorum i tam wyjaśniał sytuację Kościoła w Polsce. Nie wszyscy urzędnicy watykańscy rozumieli specyfikę tej sytuacji i argumenty Prymasa. Np. podsekretarz Sekretariatu Stanu prałat Domenico Tardini był zaskoczony i niezadowolony, bo zawarte w Polsce porozumienie było sprzeczne z polityką Watykanu, która wykluczała podpisywanie układów z rządami komunistycznymi. Jednak od samego papieża Piusa XII Wyszyński uzyskał aprobatę dla swoich działań. W czasie tego pobytu zostały też rozszerzone specjalne uprawnienia Prymasa w zakresie administracji kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

„Przewidywania abp. Wyszyńskiego co do taktyki komunistów szybko się sprawdziły. Komuniści nie zaprzestali dalszych ataków na Kościół i sukcesywnego ograniczania jego działalności. Porozumienie ze strony rządowej było nagminnie łamane. Mimo to stało się jedynym argumentem prawnym w zmaganiach o wolność Kościoła, gdyż konkordat był zerwany, a z konstytucją komuniści się nie liczyli. Prymas Wyszyński powoływał się na porozumienie, a choć nie zawsze było to skuteczne, jednak w jakiś sposób wiązało ręce komunistom w walce z Kościołem. W obronie Kościoła i jego instytucji składał protesty do władz. 31 marca 1952 r. wysłał protest do B. Bieruta przeciwko przejmowaniu dóbr instytucji zakonnych - zakładów opieki i przedszkoli, a 8 lipca 1952 r. memoriał do premiera w obronie likwidowanych przez państwo niższych seminariów duchownych" - piszą Rafał Łatka i ks. Dominik Zamiatała w publikacji „Kardynał Stefan Wyszyński 1901 - 1981".

Wkrótce pojawił się inny problem - ruch tzw. księży patriotów, czyli kapłanów współpracujących z władzą komunistyczną. Prymas oczywiście sprzeciwiał się przynależności duchownych do tej organizacji i uważał, że podkopuje ona jedność i karność kościelną, sieje niezgodę między kapłanami, sprzeciwia się biskupom. W szeregach duchowieństwa byli także tajni współpracownicy służb PRL, a IPN podaje, że mogło to być nawet ok. 10, 12 proc.  wszystkich księży.

12 stycznia 1953 r. abp Wyszyński został mianowany kardynałem. Do Rzymu na konsystorz jednak nie pojechał, ponieważ władze PRL odmówiły mu wydania paszportu. Miesiąc później władze wydały dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych, co było ewidentnym zamachem na jurysdykcję kościelną. Na mocy tego dekretu to nie Kościół, a rząd miał dokonywać zmian na urzędach w Kościele, mianować i zwalniać duchownych, od wikariuszy po biskupów. Diecezjami mieli kierować nie biskupi, lecz Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, a duchowni mieli ślubować wierność PRL. W efekcie więc to nie papież, ale rząd miał być najwyższą władzą w Kościele w Polsce. Było to bezczelne, kompletnie absurdalne i ewidentnie prowokacyjne. Władze wiedziały bowiem, że Kościół w Polsce czegoś takiego nigdy nie zaakceptuje. I oto im właśnie chodziło.

Prymas Wyszyński w liście do Bolesława Bieruta napisał w imieniu wszystkich biskupów, żeby państwo nie mieszało się w sprawy religijne, duchowe i wewnętrzne Kościoła. Stwierdził, że dalej na ustępstwa Kościół iść nie może. Padły słynne słowa: Non possumus! Nie możemy! W liście, w sposób najbardziej stanowczy i uroczysty, podkreślił, że „wymienionego dekretu jako sprzecznego z Konstytucją Rzeczypospolitej Ludowej i naruszającego prawa Boże i kościelne, nie możemy uznać za prawomocny i wiążący".

Kilka dni później, podczas procesji Bożego Ciała, przed kościołem św. Anny w Warszawie, wobec niezliczonych tłumów wiernych Prymas mówił: „Kościół (...) przez biskupów swoich musi bronić i bronić będzie - nawet do oddania własnej krwi - wolności kapłaństwa Chrystusowego. (...) Nie wolno sięgać do ołtarza, nie wolno stawać między Chrystusem a kapłanem, nie wolno gwałcić sumienia kapłana, nie wolno stawać między biskupem a kapłanem. Uczymy, że należy oddać, co jest cezara, cezarowi, a co Bożego, Bogu. Ale gdy cezar siada na ołtarzu, to mówimy krótko: nie wolno!".

Za te słowa kard. Wyszyński zapłacił wielką cenę.