Czy samobójca może być zbawiony?
Od wieków ludzie mieli wielki problem z podejściem do tematu samobójstw. Zanim rozwinęły się nauki psychologiczne, fakt odebrania sobie życia postrzegano jako akt kompletnie absurdalny i niezrozumiały. Budził on grozę i lęk.
Kościół początkowo również nie do końca rozumiał, jak coś takiego jest w ogóle możliwe. Swoje korzenie ma w kulturze semickiej, gdzie życie postrzegane było jako największa wartość. Do pewnego momentu uważano wręcz, że po śmierci wszyscy idą do szeolu, który co prawda nie jest piekłem w naszym obecnym rozumieniu, ale miejscem oddzielenia od Boga i pozbawionym jakiejkolwiek radości. Nic więc dziwnego, że w tamtej kulturze życie ceniono sobie przeogromnie i starano się wycisnąć z niego ile się tylko da. Dlatego samobójstwo było dla nich kompletnie niezrozumiałe.
Św. Augustyn, opierając się na Dekalogu, w sposób naturalny potraktował samobójstwo jako bezpośrednie wykroczenie przeciwko piątemu przykazaniu. Pisał, że jest to zwykłe tchórzostwo. Inni dodawali, że jest to akt skrajnego egoizmu i obarczali samobójców odpowiedzialnością za cierpienia bliskich. Mało tego, podczas synodu w Orleanie w 533 roku uznano samobójstwo za gorsze od każdej innej zbrodni. Na późniejszych synodach postanowiono, że osoby, które odebrały sobie życie, należy karać ekskomuniką i zniesławieniem.
W 1248 roku na synodzie w Nimes zakazano pochówku samobójców oraz odprawiania za nich Mszy św. Uznano, że nie ma sensu modlić się za osoby potępione. Rodziny tych zmarłych były przerażone, pełne wstydu, poczucia winy. Ludzie się ich bali, traktowali z ostracyzmem, omijali szerokim łukiem. Samobójstwo stało się tematem tabu (i dużej mierze pozostaje takim do dziś), a w niektórych krajach pojawiało się nawet w prawie karnym.
Przez wieki zbyt wiele się nie zmieniało. Jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego wieku, wybitny polski teolog, filozof i pedagog o. Jacek Woroniecki OP pisał: „Ludzie są nieraz skłonni widzieć w samobójstwie bohaterstwo i dowód wielkiego męstwa. Rzeczywiście, aby zadać sobie śmierć, potrzeba pewnej dozy panowania nad sobą, nad strachem przed tym, co czeka po śmierci, nad odrazą do bólu. Ale motywem każdego samobójstwa jest zawsze ucieczka przed czymś, czego się człowiek obawia bardziej niż zadania sobie śmierci. Z konieczności należy więc dojść do wniosku, że jest ono w istocie zawsze raczej aktem tchórzostwa i małoduszności, przy pewnych pozorach męstwa i odwagi”.
Chociaż nie wszyscy tak na to patrzyli. Św. Jan Maria Vianney, słynny proboszcz z Ars, pewnego razu rozmawiał z rozpaczającą żoną człowieka, który rzucił się z mostu do rzeki. Pocieszał ją słowami: „Między mostem a wodą miał jeszcze dość czasu, aby prosić o Boże miłosierdzie”.
W 1995 roku w encyklice Evangelium vitae Jan Paweł II pisał: „Samobójstwo jest zawsze moralnie niedopuszczalne w takiej mierze, jak zabójstwo. Tradycja Kościoła zdecydowanie je odrzucała jako czyn zdecydowanie zły. […] Z obiektywnego punktu widzenia samobójstwo jest aktem głęboko niemoralnym, ponieważ oznacza odrzucenie miłości do siebie i uchylenie się od obowiązku sprawiedliwości i miłości wobec bliźniego, wobec różnych wspólnot, do których się należy i wobec społeczeństwa jako całości”.
A w Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Samobójstwo zaprzecza naturalnemu dążeniu istoty ludzkiej do zachowania i przedłużenia swojego życia. Pozostaje ono w głębokiej sprzeczności z należytą miłością siebie. Jest także zniewagą miłości bliźniego, ponieważ w sposób nieuzasadniony zrywa więzy solidarności ze społecznością rodzinną, narodową i ludzką, wobec których mamy zobowiązania. Samobójstwo sprzeciwia się miłości Boga żywego”.
Czyli nie ma ratunku dla samobójcy? Skazany jest na piekło? Nie!
W innym miejscu Jan Paweł II pisał: „Określone uwarunkowania psychologiczne, kulturowe i społeczne mogą skłonić do popełnienia czynu tak radykalnie sprzecznego z wrodzoną skłonnością każdego człowieka do zachowania życia, łagodząc lub eliminując odpowiedzialność subiektywną”.
Pojawia się tu ważny termin: „odpowiedzialność subiektywna”. Należy bowiem odróżnić obiektywną ocenę danego czynu od subiektywnej odpowiedzialności popełniającego ten czyn. Jeżeli chodzi o obiektywną ocenę samobójstwa, Kościół nigdy nie zmienił swojej nauki. Samobójstwo jest zawsze czynem moralnie złym, niedopuszczalnym. W miarę jednak rozwoju psychologii, Kościół zaczął inaczej postrzegać odpowiedzialność subiektywną, a w konsekwencji zmieniły się kwestie związane m.in. z pochówkiem, modlitwą itp.
Żeby można było mówić o grzechu ciężkim, dany czyn musi być dokonany z pełną świadomością i pełną wolnością. Wbrew pozorom (na szczęście!) nie jest łatwo spełnić jednocześnie te warunki. W przypadku samobójcy wejście w kryzys presuicydalny (przedsamobójczy) oznacza m.in. tzw. zawężenie poznawcze, takie postrzeganie tunelowe. Osoba czuje tak wielki ból psychiczny (a czasami również fizyczny), że po prostu naprawdę nie widzi żadnego innego wyjścia z tej sytuacji. Jedynie odebranie sobie życia jest dla niego uwolnieniem od bólu. On nie chce umierać, chce przestać cierpieć.
Oczywiście, obiektywnie patrząc ma on dużo innych rozwiązań, bo nawet z najgorszej sytuacji jest jakieś wyjście. Ale on tych rozwiązań nie widzi. A więc nie ma tu mowy o pełnej świadomości. Chyba, że jest to samobójstwo z wyrachowania, będące elementem jakiegoś szantażu, zemsty, przestępstwa, aktu terrorystycznego. To się jednak zdarza rzadko.
Najczęściej nie ma również pełnej wolności, bo samobójca czuje się przymuszony do tego aktu. Nie chce tego, ale jego struktura psychiczna, ewidentnie zaburzona, pcha go do tego z ogromną siłą.
„Takie postawienie sprawy pozwala Kościołowi z jednej strony w bardzo ostrych słowach potępiać samobójstwo, z drugiej zaś nie tracić nadziei na wieczne zbawienie tych, którzy odebrali sobie życie. Ta nadzieja może być niesłychanie ważna na przykład dla rodzin, które dotknął dramat samobójstwa. Kościół przypomina więc o łagodzących lub nawet eliminujących odpowiedzialność za samobójstwo czynnikach nie po to, by w czymkolwiek relatywizować jego moralne zło, ale w tym celu, by nieść pociechę tym, którzy utracili kogoś, kogo kochali. Nie trzeba przypominać, jak wielki i długotrwały jest ból tych, którym samobójstwo odebrało kogoś bliskiego. Niekiedy samobójstwo naznacza piętnem cierpienia życie całej rodziny na długie lata. U ludzi wierzących jednym z ważnych elementów tego cierpienia jest troska o pośmiertny los utraconego człowieka. Co z nim będzie? Czy nie ma dla niego przebaczenia i na pewno zostanie potępiony? Kościół może odpowiedzieć: Nie traćcie nadziei. Bóg zna wszystkie okoliczności i wewnętrzne poruszenia ludzkiego serca. W swoim nieskończonym miłosierdziu weźmie pod uwagę wszystkie łagodzące okoliczności, nawet te, o których nie możemy mieć najmniejszego pojęcia” – pisze o. Mateusz Przanowski OP w miesięczniku W drodze.