Czy trzeba wierzyć w objawienia prywatne?
Nie trzeba (a w niektóre wręcz nie warto!). Nawet w te oficjalnie uznane przez Kościół nie trzeba wierzyć. Natomiast jesteśmy zobowiązani, aby wierzyć w Objawienie publiczne. Jest to stopniowe odsłanianie się Boga w historii zbawienia, które swój finał ma oczywiście w Jezusie Chrystusie.
Mamy obecnie do czynienia z prawdziwą powodzią objawień prywatnych, w zdecydowanej większości fałszywych. Najnowszy słownik objawień maryjnych wylicza, że Maryja w samym tylko XX wieku „objawiła się” 21 tysięcy razy. Do tego trzeba jeszcze doliczyć wiele objawień innych świętych, a przede wszystkim samego Jezusa. Ile z tych objawień zostało zatwierdzonych przez Kościół? Nawet nie 1%.
W internecie aż roi się od rozmaitych przepowiedni, w których lubują się rozmaici „prorocy trwogi”: „Maryja ostrzega”, „Maryja zapowiada, że czeka nas wielka zagłada”, „Maryja śle ostatnie ostrzeżenie”, „Szatańska rewolucja już się zaczyna”, „Nawrócona wiedźma zdradza, co szatan mówi podczas egzorcyzmów”, „Czas ostatecznej próby”, „Szokujące słowa Maryi”, „Ostatnia deska ratunku ludzkości”.
Można odnieść wrażenie, że już za chwilę czeka nas totalna katastrofa, świat zostanie zniszczony, a szatan odniesie zwycięstwo. Wzbudzanie lęku przed rzeczywistością nadprzyrodzoną jest przeciwskuteczne. Nie prowadzi do nawrócenia, a tylko odpycha od Boga. A przede wszystkim: skąd oni to wszystko wiedzą? Kto im to powiedział? Czy na pewno Matka Boża? Można mieć bardzo poważne wątpliwości, graniczące z pewnością, że to nie Ona.
„Ten ogrom niesprawdzanych i rozpowszechnianych objawień prywatnych ma silny wpływ na wiarę wielu katolików. Wydaje mi się, że można nawet mówić o pojawiającej się w historii Kościoła, a dziś wracającej ze zdwojoną siłą, specyficznej «duchowości objawieniowej», skupionej na tego typu fenomenach. Osoby, które ją reprezentują, nie budują wiary na Bożym słowie, katechizmie, dokumentach Kościoła i nauczaniu papieży, ale na wciąż nowych i często sensacyjnych «wiadomościach z nieba». Taka duchowość ma silny rys apokaliptyczny, jednak z eschatologią odmienną od katolickiej. Pełna jest ona katastroficznych zapowiedzi o bliskich już «trzech dniach ciemności», «porwaniu Kościoła», «oświeceniu sumień», czy królowaniu Jezusa na ziemi w nowej «erze Kościoła» - a wszystko to podsycone ogłaszaniem upadku Kościoła katolickiego. (…) Wielu chrześcijan nie zna też prawdziwej wartości Objawienia publicznego i praktycznie stawia je na tym samym poziomie, co objawienia prywatne. Różnica między nimi jest jednak fundamentalna, istotowa, i bez jasności w tym temacie nie da się uniknąć poważnych błędów” - pisze o. Wit Chlondowski OFM w książce Objawienia prywatne.
Warto więc uporządkować fakty. Jezus Chrystus jest Pełnią całego Objawienia Bożego. Pełnią, czyli nic już nie będzie dodane do tego, co Bóg nam powiedział. Co prawda w historii, jak już wspominaliśmy, zdarzały się (i zdarzają) różne objawienia prywatne, np. Jezus objawiający się św. Faustynie. Trzeba jednak podkreślić, że te objawienia nie należą do depozytu wiary, nie trzeba w nie wierzyć, a ich rolą nie jest „ulepszanie” czy „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomoc w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej. Dzieje się to m.in. przez nowe formy pobożności, pogłębienie rozumienia tych już istniejących, pomoc w lepszym pojmowaniu Ewangelii w danej epoce.
Np. w 1858 roku w Lourdes, w jednym z 18 objawień Maryja powiedziała o sobie, że jest «Niepokalanym Poczęciem». Było to ewidentne potwierdzenie ogłoszonego cztery lata wcześniej dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Objawienia pomogły wiernym w lepszym rozumieniu tej prawdy i rozwinęły nowe formy pobożności z nią związane.
Z kolei objawienia św. Faustyny rzuciły nowe, silne światło na przymiot Boga wcześniej dla wielu ludzi zakryty, źle rozumiany, pomijany. Tym przymiotem Boga jest Jego nieskończone Miłosierdzie, które przecież istniało zawsze, ale dopiero musiała pojawić się św. Faustyna, żeby orędzie o miłosiernym Bogu dotarło na krańce świata. Przecież początkowo Kościół zakazywał kultu Jezusa Miłosiernego, nie rozumiał o co w nim chodzi, bał się zamieszania w przekazie doktryny.
Podobnie chyba wygląda sprawa z fenomenem Medjugoria. Przez wiele lat obowiązywał zakaz organizowania oficjalnych pielgrzymek z opieką kapłana do tego miejsca. Dopiero 12 maja 2018 r. papież Franciszek zniósł ten zakaz i zezwolił księżom i biskupom na organizowanie pielgrzymek do Medjugoria. Ciągle jednak Kościół nie może zdecydować się na oficjalne uznanie nadprzyrodzonego charakteru objawień Gospy, tym bardziej, że one wciąż trwają. Rozwiązaniem kompromisowym jest nota Dykasterii Nauki Wiary z 19 września 2024 r., zatwierdzona przez papieża Franciszka. Kościół nie rozstrzyga tam o nadprzyrodzonym charakterze objawień, ale znosi wszelkie przeszkody w korzystaniu z tego miejsca modlitwy i pojednania z Bogiem.
Kościół przestrzega przed przesadnym skupianiem się na objawieniach prywatnych, często kosztem życia Ewangelią. Doktor Kościoła św. Jan od Krzyża uważa to za poważną przeszkodę w rozwoju życia duchowego. Ten jeden z największych mistyków w historii Kościoła przestrzega przed szukaniem w wierze nadzwyczajności, cudowności, niezwykłości. Bo po co, skoro wszystko, czego potrzebujemy, już mamy?
Trzeba też pamiętać, że nieustannie działa na nas świat duchów: dobrych i złych. A ten duch zły uwielbia przebierać się w Anioła Światłości. Ktoś jest przekonany, że objawia mu się Pan Jezus, czy Maryja i przekazują mu jakieś słowa. Wcale tak nie musi być. Tak więc o wiele lepiej jest skupić się wyłącznie na Objawieniu publicznym.
„Ta pogoń za duchowymi «sensacjami» może być też poszukiwaniem namacalności wiary – pisze o. Chlondowski. – Jeśli bowiem chrześcijanie zbytnio skupiają się na objawieniach prywatnych, które mają sprawić, że wiara stanie się czymś doświadczalnym, niemal materialnym (bo są emocjonalne, bliskie, doświadczalne zmysłowo), to oznacza to, że właściwą wiarę chrześcijańską przeżywają jedynie jako teorię i nie doświadczają jej realizmu. Chrześcijaństwo jest z natury ukierunkowane na doświadczenie. Jednak nie tyle doświadczenie zmysłowe, ile doświadczenie bliskiej relacji z Chrystusem, komunii z Nim. Pogoń za «dotykalnością» wiary w objawieniach obnaża więc tak naprawdę brak głębi wiary, modlitwy i kryzys życia sakramentalnego. W sakramentach, a zwłaszcza w Eucharystii i w samym Kościele, który jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, dotykamy absolutnie najwyższej realności wiary, jaka tylko jest możliwa na tym świecie”.
„Dziwię się wielce – pisze św. Jan od Krzyża - że spotyka się jeszcze dzisiaj dusze, nie posiadające za cztery grosze rozwagi, które posłyszawszy w chwilach skupienia jakieś słowa, uważają je wszystkie za słowa Boże. Twierdzą, że tak jest i mówią: «Bóg mi powiedział», «Bóg mi dał taką odpowiedź». Najczęściej, oczywiście, nie są to słowa Boże, lecz ich własne odpowiedzi. Pragnienie takich rzeczy i przywiązanie do nich ducha sprawia, że same sobie dają odpowiedzi, sądząc przy tym, że Bóg do nich przemawia. (…) Sądzą, że wydarzyła im się rzecz wielka, że Bóg do nich przemówił, a to było trochę więcej niż nic, lub nic zgoła, lub nawet mniej aniżeli nic. (…) Jeśli więc dusza ceni takie wewnętrzne słowa, wielką to jest dla niej przeszkodą w dążeniu do boskiego zjednoczenia”.
Niecałe 20 lat temu Ruch Rodzin Nazaretańskich w archidiecezji warszawskiej przeżył gigantyczne turbulencje, które doprowadziły niemal do upadku tej bardzo licznej wówczas wspólnoty. Okazało się bowiem, że materiały formacyjne ruchu pisane są na podstawie wypowiedzi jednego z liderów, w którego ponoć „wcieliła się Matka Boża i przez niego przemawia”. W tę „tajemnicę” liderzy wprowadzali tylko niektórych, bardziej zaufanych członków ruchu. Trwało to latami, a na światło dzienne wyszło trochę przypadkowo, na skutek potężnego konfliktu w łonie liderów ruchu. Zarazem specjalna Komisja powołana przez arcybiskupa warszawskiego ujawniła bardzo dużą liczbę poważnych nadużyć w kierowaniu ruchem, przekazie doktryny i duchowym prowadzeniu wiernych, np.: błędny obraz Boga, fałszywa koncepcja natury ludzkiej, błędne rozumienie pośrednictwa Maryi, niewłaściwe prowadzenie kierownictwa duchowego, wymóg osłabienia a nawet zerwania więzi rodzinnych, błędne rozumienie roli świeckich w świecie, pesymistyczna pedagogia prewencyjna.
Wszystko to przypomina po prostu sektę, która przez lata spokojnie sobie działała w Kościele w Polsce.
O ile w objawienia prywatne nie trzeba wierzyć, to w Objawienie publiczne w Jezusie powinniśmy wierzyć, bo jest to depozyt wiary. Czyli wszystko, czego potrzebujemy do zbawienia. Objawienie publiczne w Jezusie nie jest tylko jakimś suchym przekazem informacji, ale żywym procesem zbliżania się Boga do człowieka. Jezus jest szczytem Objawienia, spełnieniem Bożych obietnic i jedynym pośrednikiem między Bogiem i ludźmi.
„Od kiedy Bóg dał nam swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem, nie ma innych słów do dania nam. Przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz” – pisze św. Jan od Krzyża.
Sobór Watykański II wyjaśnia to tak: „Jezus Chrystus przez całą swoją obecność i okazanie się przez słowa i czyny, przez znaki i cuda, zwłaszcza zaś przez śmierć swoją i pełne chwały zmartwychwstanie, a wreszcie przez zesłanie Ducha prawdy, objawienie doprowadził do końca i do doskonałości”. Sobór dodaje, że „nie należy już więcej oczekiwać żadnego publicznego objawienia przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego, Jezusa Chrystusa”.