Strona główna  /  Kronika Federacji  /  Rok 2020  /  Wywiad z Barbarą Chodorowską

Wywiad z Barbarą Chodorowską

 W najnowszym Sodalisie Marianusie (2/2020), wśród wielu bardzo ciekawych materiałów, polecamy szczególnie wywiad z Barbarą Chodorowską, sodaliską powojennej Akademickiej Sodalicji Mariańskiej, wieloletnią nauczycielką języka polskiego Liceum im. Jana Zamoyskiego w Warszawie, osobą głęboko wierzącą, niezwykle mądrą i pokorną. Oto fragment tego wywiadu:

Piotr Chmieliński: - Jak wyglądało życie sodalicyjne tuż po wojnie?

Barbara Chodorowska: - Był bardzo mocno zarysowany program formacyjny. Najważniejszy punkt stanowiła niedzielna Msza św. akademicka w kościele św. Anny. Po niej było jeszcze spotkanie, ale krótkie. Dłuższe spotkania odbywały się raz w miesiącu i stanowiły rodzaj dnia skupienia. Cały jednak czas był objęty indywidualnym programem duchowym. Zachęcano nas do: punktualnego wstawania, codziennego uczestnictwa we Mszy św., regularnej spowiedzi raz na miesiąc, odmawiania Liturgii Godzin (była to wtedy rewolucja dla ludzi świeckich!), Różańca, odprawiania rachunku sumienia, porannej medytacji Słowa Bożego i wcielania w praktykę życia wynikających z niej wniosków. Bardzo dużo dawały nam obozy formacyjne na Jaszczurówce, w Szklarskiej Porębie, na Poczekajce i w wielu innych miejscach.

Przynależność do sodalicji to wspaniały okres w moim życiu. Potrzebne mi było wyznaczenie właśnie takiego wyraźnego kierunku w pracy duchowej, pokazanie mi drogi do Boga i udzielenie pomocy na tej drodze. Ks. Witold Domański był w tym moim przewodnikiem i ogromnie to cenię. Tak więc sodalicja, w tych trudnych czasach, dawała mi niezwykłe poczucie bycia we wspólnocie, z innymi i dla innych, zapewniała integralną formację chrześcijańską, uczyła radykalizmu wiary.

- Co Pani rozumie poprzez radykalizm wiary?

- Chodzi o to, aby nie być zimnym, czy letnim, ale gorącym. Całkowicie oddać się Bogu. W tym celu trzeba prowadzić intensywne, zdyscyplinowane życie duchowe. Ważna jest również odwaga w działaniu, deklarowaniu swoich poglądów, opinii. Wtedy to było bardzo trudne i dzisiaj również takie jest. Podziały w społeczeństwie przebiegają także w gronie rodzinnym, przyjacielskim, wspólnotowym. W każdej sytuacji trzeba na bieżąco rozeznawać: czy, co, kiedy i jak powiedzieć. Czasem lepiej nic nie mówić, innym razem trzeba zająć jasne, klarowne stanowisko. Jeżeli już jednak mówić, to tylko prawdę, ale z miłością. W tym zawiera się radykalizm wiary.

- W 1949 roku Prymas Wyszyński, w obawie przed represjami komunistycznymi, musiał zawiesić oficjalną działalność stowarzyszeń katolickich, w tym sodalicji. Jak to odebrali sodalisi?

- Trzeba pamiętać, że dopiero później, z perspektywy historycznej, trudne decyzje kard. Wyszyńskiego zaczęły być coraz bardziej zrozumiałe, oczywiste i traktowane jednoznacznie pozytywnie. Wtedy, w czasach głębokiej komuny, nie wszystkie jego posunięcia przyjmowane były z aplauzem, nawet w środowisku zaangażowanych katolików. Dotyczyło to również wspomnianej decyzji o zawieszeniu działalności sodalicji. Po prostu o wielu sprawach nie wiedzieliśmy, nie mieliśmy oglądu całości sytuacji. Byliśmy pełni młodzieńczych ideałów, uważaliśmy się za silnych i niezłomnych. Myśleliśmy, że może Prymas nam nie ufa, może nie wierzy, że wytrzymamy. My uważaliśmy, że wszystko wytrzymamy. Było w tym dużo naiwności, ale tak to wtedy wyglądało. A przecież Prymasowi chodziło o ratowanie naszego życia. Już od 1948 roku władze komunistyczne rozpoczęły prześladowania członków stowarzyszeń katolickich. Nastąpiły aresztowania m.in. szczególnie aktywnych sodalisów i księży moderatorów.

Sodalicja oficjalnie więc nie działała, ale sodalisi cały czas służyli Kościołowi na różnych polach i spotykali się nieoficjalnie. Moje życie osobiste tak się potoczyło, że trochę oddaliłam się od moich koleżanek i kolegów z sodalicji, ale nadal miałam z nimi regularny kontakt. Np. już po zawieszeniu sodalicji uczestniczyłam w rekolekcjach i dniach skupienia w Laskach, jak również w dorocznych Mszach św. u sióstr urszulanek szarych, gdzie modliliśmy się za żywych i zmarłych sodalisów. Przychodzili tam wszyscy sodalisi.

- W 1980 roku ks. Tadeusz Uszyński, na prośbę Prymasa Wyszyńskiego, reaktywował Sodalicję Mariańską. Jak wtedy wyglądał Pani kontakt ze wspólnotą sodalicyjną?

- Po wznowieniu działalności, w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nadal miałam regularny kontakt z sodalicją. Przychodziłam co jakiś czas np. na ul. Chłodną, gdzie gromadził nas ks. Tadeusz Uszyński. Do dziś przyjaźnię się z koleżankami i kolegami dawnej Akademickiej Sodalicji Mariańskiej. Mamy kontakt telefoniczny, czasami się spotykamy. Ogromną wartością są dla mnie szczególnie spotkania w Domu Pielgrzyma Amicus w Warszawie, organizowane przez Pana Prezesa Grzegorza Barana. Dzięki jego dobroci mamy możliwość co kwartał wspólnie modlić się i trochę porozmawiać w gronie przyjaciół z dawnej sodalicji.

- Jak ważne są dla Pani spotkania w Amicusie?

- Niezwykle ważne. Po pierwsze, jest to dla mnie następna okazja uczestnictwa we Mszy św. Każde spotkanie zaczyna się bowiem Eucharystią w Sanktuarium bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Zresztą jest to kościół, który darzę szczególnym sentymentem. Jeździłam tam na Msze św. za Ojczyznę celebrowane przez ks. Jerzego, byłam na jego pogrzebie, potem wielokrotnie nawiedzałam tę świątynię.

Teraz, chociaż trudno mi już wychodzić z domu i potrzebuję pomocy w podróżowaniu, mobilizuję się i staram się być na tych spotkaniach, co jest dla mnie wielką radością. Oprócz uczestnictwa we Mszy św. odmawiamy Koronkę do Miłosierdzia Bożego, a potem mamy spotkanie w sali w Domu Pielgrzyma Amicus. Wspaniale jest móc spotkać się z tymi, których znam od lat, porozmawiać, podzielić się spostrzeżeniami na temat tego, co się dzieje wokół nas. Wreszcie niezwykle ważna jest świadomość, że mamy kontynuatorów, którzy wyznają podobny system wartości jak my i formują w tym duchu następne pokolenia. Dobrze, że ciągle istnieją i rozwijają się wspólnoty sodalicyjne. Wspaniale, że istnieje szkoła sodalicyjna, która też pięknie się rozwija. To wszystko tworzy pewien ciąg, który z pokolenia na pokolenie przenosi wartości chrześcijańskie, sodalicyjne i dzięki temu one przetrwają.