Strona główna  /  Kronika Federacji  /  Rok 2016  /  15. rocznica śmierci Księdza Prałata Tadeusza Uszyńskiego

15. rocznica śmierci Księdza Prałata Tadeusza Uszyńskiego

 Zbliża się 15. rocznica śmierci Księdza Prałata Tadeusza Uszyńskiego, legendarnego duszpasterza akademickiego Warszawy, odnowiciela i pierwszego moderatora Sodalicji Mariańskich w Polsce. Z tej okazji 9 października o godz. 12.00 w Bogutach, rodzinnej miejscowości Ks. Prałata, zostanie odprawiona uroczysta Msza św., której przewodniczyć będzie bp Antoni Pacyfik Dydycz z Drohiczyna. Po Mszy św. złożenie wieńców na cmentarzu. Do udziału w uroczystościach serdecznie zachęcamy sodaliski, sodalisów i wszystkich przyjaciół Księdza Prałata Tadeusza Uszyńskiego.

Z okazji wspomnianej rocznicy zapraszamy do lektury wywiadu z Panem Stanisławem Uszyńskim, rodzonym bratem Ks. Tadeusza Uszyńskiego.

Redakcja: - Jakie są Pana wspomnienia z dzieciństwa związane z bratem Tadeuszem?

Stanisław Uszyński: - Było nas czterech braci: Tadeusz najstarszy, potem Kazimierz, Eugeniusz i ja, najmłodszy. Nasza rodzina, wywodząca się ze szlacheckiego pnia herbu „Lubicz", przesiąknięta była duchem wiary i patriotyzmu. Hasło „Bóg, honor, Ojczyzna" stanowiło dla nas myśl przewodnią. W tym duchu jako dzieci wzrastaliśmy. Nasz ojciec Marian w 1920 r. bronił Polski przed bolszewickim najazdem, a z kolei w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu nasz dom w Bogutach dawał schronienie żołnierzom Armii Krajowej i organizacji Wolność i Niepodległość (WiN).

Rodzice byli ludźmi głęboko wierzącymi i związanymi z Kościołem. Uczestniczyli w życiu naszej parafii, którą zawsze wspierali, tata działał m.in. w Radzie Parafialnej. Tadeusz już jako dziecko codziennie chodził z dziadkiem Franciszkiem do kościoła na Mszę św., gdzie służył jako ministrant. Działał aktywnie w harcerstwie, zdobywał coraz to wyższe stopnie sprawności. Był wybitnym humanistą, dużo czytał, interesował się muzyką, grał nawet na skrzypcach. Nie miał jednak warunków, żeby rozwijać te muzyczne zainteresowania.

W czasie wojny służył w AK pełniąc funkcje zwiadowcze pod pseudonimem „Jeleń". Pracował w sklepie brata mamy, gdzie znajdował się punkt kontaktowy podziemia.

- Jak odnosił się do Pana?

- Był bardzo serdeczny i pomocny. Muszę przyznać, że jako najmłodsze z rodzeństwa, byłem pupilem całej rodziny. A z Tadeuszem miałem szczególny związek. To on zachęcił mnie do bycia ministrantem, nauczył utrzymywać porządek wokół siebie, a także kochać i szanować przyrodę. Był wielkim miłośnikiem przyrody. Czasem, jako starszy brat, wyręczał mnie przy różnych ciężkich pracach domowych.

- Liceum skończył w Różanymstoku, u Ojców Salezjanów. Dlaczego akurat tam?

- Być może namówił go do tego nasz proboszcz, a może zaważyła tu postać św. Jana Bosko, która go zawsze inspirowała. Na pewno jednak okres nauki w Różanymstoku znacząco wpłynął na rozwój jego powołania kapłańskiego. Tam zaczął myśleć o wstąpieniu do seminarium. Działając w podziemiu mocno nadszarpnął swoje zdrowie, dostał poważnego zapalenia ucha, miał prawie 42 stopnie gorączki. W stanie krytycznym znalazł się w szpitalu, a jego życie było zagrożone. Z tego co potem opowiadał wiem, że modlił się gorąco o ocalenie i tam właśnie podjął ostateczną decyzję o wstąpieniu do seminarium.

- Czy rodzice ucieszyli się, że ich syn wstąpił do seminarium?

- Mama bardzo się ucieszyła, chyba skrycie marzyła, żeby przynajmniej jeden z jej synów został księdzem. Natomiast tata podszedł do tego z większą rezerwą. Może myślał, że Tadeusz zostanie lekarzem, bo bardzo interesował się medycyną. Ale te zainteresowania medyczne przydały mu się później: jako kleryk był infirmarzem seminaryjnym, blisko współpracował z lekarzem opiekującym się alumnami. Jako kapłan również często wykorzystywał swoją wiedzę z zakresu medycyny.

- Już w pierwszych latach kapłaństwa ujawniły się talenty duszpasterskie ks. Tadeusza...

-   Po święceniach został wikariuszem w Józefowie, gdzie proboszczem był zacny ks. prałat Wincenty Malinowski. Już tam dał się zauważyć znakomity kontakt Tadeusza z młodzieżą. Na kolejnej parafii, w Piasecznie, był m.in. kapelanem w szpitalu i dalej niezwykle aktywnie pracował z młodzieżą. Ponieważ skasowano wtedy harcerstwo, Tadeusz założył koło PTTK, bo ta organizacja turystyczna nie była kwestionowana przez państwo, i pod jej szyldem wyjeżdżał z młodzieżą na obozy. Pracę z młodzieżą rozwijał na kolejnych placówkach duszpasterskich. To chyba sprawiło, że Prymas Wyszyński skierował go na studia katechetyczne do Paryża, aby zapoznał się z funkcjonowaniem duszpasterstwa młodzieżowego w Europie Zachodniej. Tam też poznał i zaprzyjaźnił się z wielkimi ludźmi Kościoła, jakimi byli kard. Jean Marie Lustiger i Brat Roger z Taizé. Później kontakty nawiązane na Zachodzie stanowiły dużą pomoc w pracy duszpasterskiej Tadeusza w Polsce.

W 1966 r. wrócił do kraju i przez 18 lat był rektorem kościoła akademickiego św. Anny w Warszawie. Rozwinął duszpasterstwo akademickie nie tylko tam, ale w całej Polsce. Ośrodki akademickie zaczęły powstawać we wszystkich diecezjach, gdzie były wyższe uczelnie. Jako sekretarz Komisji Episkopatu do spraw Duszpasterstwa Akademickiego miał wiele energii, odwagi, pomysłów i bardzo dbał o rozwój duchowy młodzieży, której potrzeby doskonale rozumiał. Prymas Wyszyński kładł ogromny nacisk na formowanie młodych ludzi. Wiedział, jak wielkie znaczenie dla przyszłości Polski ma rozwój duchowy młodzieży. Wielokrotnie powtarzał, że studenci to przyszła kadra intelektualna narodu.

Prowadzenie duszpasterstwa akademickiego było wtedy niezwykle trudne. Władze robiły, co mogły, żeby je utrudnić. Wprowadzali agentów, zakładali podsłuchy, palili wzmacniacze, przecinali kable. Jako inżynier dźwięku bardzo często pomagałem bratu w sprawach technicznych. A on niczego się nie bał, odważnie, ze spokojem i determinacją wykonywał swoje zadania, bo wierzył w ich sens. W tamtym czasie współpracował również z kard. Karolem Wojtyłą, z którym rozmowy prowadził najczęściej podczas spacerów nad Wisłą, by mieć pewność, że nie są podsłuchiwani.

Bratu udało się pozyskać budynek wieży kościoła św. Anny i przywrócić ją do potrzeb duszpasterskich. Wieża ta odegrała historyczną rolę podczas spotkania Jana Pawła II z młodzieżą przed kościołem św. Anny 3 czerwca 1979 r. Z tego miejsca, mimo usilnych prób zakłócania transmisji przez służby bezpieczeństwa, Słowo Boże głoszone przez papieża mogło dotrzeć do wszystkich. Brat zaproponował, aby wszyscy uczestnicy spotkania przynieśli krzyże i podczas błogosławieństwa unieśli je w górę. Tak też się stało.

To właśnie z wieży św. Anny swoje tajne meldunki nadawał pułkownik Ryszard Kukliński. 

- W 1980 r. kard. Wyszyński poprosił ks. Uszyńskiego o podjęcie dzieła reaktywacji Sodalicji Mariańskich w Polsce i to, jak się wyraził, „w dawnym duchu". Dlaczego Prymas poprosił o to właśnie ks. Tadeusza?

- Wiedział bowiem, że jest to Sodalis Marianus, wielki czciciel Matki Bożej, a jednocześnie  wspaniały duszpasterz i organizator. Do zadania odnowienia sodalicji Tadeusz zabrał się z zapałem, zaczynając od kościoła św. Anny, gdzie miał oczywiście największe możliwości działania. Uważał, że wznowienie działalności Sodalicji Mariańskiej wśród młodzieży akademickiej przyczyni się do odrodzenia moralnego studentów Warszawy. Z czasem stworzył ogólnopolskie struktury sodalicyjne.

- Czyli brat nie był zaskoczony prośbą Księdza Prymasa?

- Oni bardzo dobrze się znali i rozumieli. Kardynałowi bardzo zależało na formacji młodych, podobnie bratu. Prymas Wyszyński był dla naszej rodziny zawsze wielkim autorytetem. Zresztą nasza rodzinna wieś Boguty leży bardzo niedaleko Zuzeli, miejsca urodzenia Prymasa Tysiąclecia. Tadeusz włożył wiele wysiłku w odpowiednie upamiętnienie w Zuzeli kard. Wyszyńskiego. Ufundował pomnik prymasa, przyczynił się do ufundowania dzwonów i wybudowania dzwonnicy, do rekonstrukcji chrzcielnicy, przy której w 1901 r. mały Stefan Wyszyński został ochrzczony, wreszcie do stworzenia, wspólnie z bratem Kazimierzem, Muzeum lat dziecięcych Stefana Wyszyńskiego w budynku szkoły, do której przyszły prymas chodził.

- Następną placówką duszpasterską ks. Tadeusza była parafia św. Andrzeja przy ul. Chłodnej w Warszawie...

- Mówił, że przejął placówkę misyjną, z nielicznymi wiernymi w kościele. W gęstej, wielopiętrowej zabudowie blokowej mieszkali głównie pracownicy milicji i UB. Przy parafii na Chodnej powstały lub przeniosły się z kościoła św. Anny duszpasterstwa Wyższych Oficerów Wojska Polskiego i ich Rodzin oraz Weteranów Kawalerii i Artylerii Konnej Wojska Polskiego. Tam zawiązał się liczny Związek Sybiraków, a także znalazły siedzibę i duszpasterskie wsparcie inne stowarzyszenia i grupy. Oczywiście rozwijała się Sodalicja Mariańska, akademicka i dorosłych.

Ostatnim życiowym dziełem Tadeusza była budowa nowego budynku dla szkoły katolickiej, którą założył i która funkcjonowała już przy parafii od 1990 r. Sukcesem stało się pozyskanie znakomitej kadry pedagogicznej, szkoła jest cały czas wysoko w rankingach. Niestety przeżywa poważne trudności lokalowe, dlatego tak potrzebny jest jej nowy budynek.  Piękny nowy gmach szkoły, na tyłach plebanii przy ul. Chłodnej, mógł powstać dzięki finansowemu wsparciu rodziny, przyjaciół, sponsorów, parafian i wszystkich, którzy rozumieli potrzebę tworzenia w Polsce szkół katolickich. Tadeusz nie szczędził również własnych środków. Budowa został doprowadzona do stanu surowego, zamkniętego. Niestety, po śmierci brata wszystko się załamało. Zabrakło nam pół roku, żeby wprowadzić dzieci.

Teraz, nie bez dużych problemów, budowa zmierza powoli do końca. 

- Jakie Pan wyróżniłby cechy ks. Tadeusza?

- Przede wszystkim był bardzo pokorny, w każdym człowieku widział dobro, z każdym potrafił rozmawiać, z nikim nie wchodził w konflikty. Często mawiał: „Żyj tak, aby każdy z Tobą czuł się dobrze". Osobiście wiele mu zawdzięczam. W trudnych, powojennych czasach pomagał mi materialnie podczas nauki i studiów. Miał wybitny umysł humanistyczny, a mnie pasjonowały przedmioty politechniczne, które pozwalały łatwiej poruszać się we współczesnym świecie. Tadeusz całe życie poświęcił Bogu i Ojczyźnie, ja chociaż częściowo mogłem Mu spłacić dług wdzięczności wspierając Go moją wiedzą praktyczną.

Tadeusz prowadził bardzo aktywne życie, nie oszczędzał się, miał jeszcze wiele pomysłów. Na trwałe zapisał się w pamięci wielu wybitnych ludzi. Kilka lat temu byłem z żoną w Toruniu, na kursie komputerowym w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Spotkaliśmy tam przypadkowo o. Tadeusza Rydzyka, z którym rozmawiałem wcześniej może raz. Ale on poznał mnie, podszedł, przywitał się i mówi: - „Jak bardzo nam teraz brakuje Tadeusza.". Mogę powtórzyć to samo.

-  Co ks. Tadeusz powiedziałby dziś sodalisom?

- Zaufajcie Maryi!