Prymas Tysiąclecia

 Kontynuujemy cykl prezentujący osobę i nauczanie Prymasa Tysiąclecia. Poprzednio opisaliśmy czas wojny, kiedy to ks. Wyszyński był m.in. kapelanem w Laskach i prowadził konspiracyjną działalność oświatową w okupowanej Warszawie.

W marcu 1945 roku ks. Wyszyński wrócił do Włocławka, gdzie okazało się, że seminarium duchowne jest zniszczone, a większość księży i profesorów zginęła w Dachau. Diecezja włocławska była jedną z trzech w Polsce, które w czasie wojny poniosły największe straty wśród duchowieństwa (obok diecezji chełmińskiej i poznańskiej). Przyszły Prymas miał wyrzuty sumienia, że sam przeżył wojnę, a wielu jego kolegów doświadczyło prześladowań i zginęło. Dopiero po uwięzieniu w 1953 roku poczuł, że w pewnym sensie dołączył do ich grona. „Już lękałem się, że nie dostąpię tego zaszczytu, którego doznali niemal wszyscy moi koledzy. Dziś lęk mnie opuścił. I dlatego raduję się na sposób, który Ty, Ojcze, zrozumiesz" - pisał z więzienia do swojego ojca w październiku 1953 roku.

Ks. Wyszyński robił wszystko, aby seminarium włocławskie ponownie zaczęło pracować. Pełnił obowiązki rektora tej uczelni. Jednocześnie, z powodu ogromnego braku kapłanów, był proboszczem dwóch parafii i wikariuszem jednej. Pracował niezwykle ciężko i intensywnie. Zyskał uznanie jako znakomity spowiednik. „Gdy siadał w konfesjonale, ustawiały się coraz dłuższe kolejki wiernych. W katedrze spowiadał najdłużej ze wszystkich, niekiedy do późna w nocy. Jak mówią ludzie, którzy się z nim spotykali, ks. Wyszyński <miał w sobie coś>, co sprawiało, że lgnęło się do niego i przed nim pragnęło się otworzyć serce. Ksiądz z charyzmą. A na rekolekcje, które głosił we włocławskiej katedrze, nie tylko schodzili się wierni z miasta, lecz także przyjeżdżali studenci, inteligencja z Warszawy i środowiska skupione wokół Lasek" - pisze Milena Kindziuk w książce Kardynał Stefan Wyszyński. Prymas Polski.

W marcu 1946 roku ks. Wyszyński został mianowany biskupem lubelskim. Decyzję Piusa XII przekazał mu Prymas August Hlond. Wyszyński początkowo wahał się, czy przyjąć nominację. Nie czuł się na siłach, aby podjąć tak wielką odpowiedzialność. Nie wyobrażał sobie, że może opuścić Włocławek i dopiero co zorganizowane seminarium. Zresztą nie pragnął biskupstwa, chciał być zwyczajnym księdzem. Poprosił więc o czas do namysłu. Ale kard. Hlond odpowiedział krótko: „Papieżowi się nie domawia". Ks. Wyszyński wyraził więc zgodę. Miał 45 lat i był jednym z najmłodszych w Episkopacie.

Jedna z sióstr Wyszyńskiego zapamiętała słowa brata z tego okresu: „Biskupstwo ma w sobie coś z krzyża. I dlatego Kościół wiesza biskupowi krzyż na ramiona. Na krzyżu trzeba umierać sobie, bez tego nie ma pełni kapłaństwa. Potrzeba mi waszej modlitwy, bym to czynił z radością. By uległość moja była radosna".

Sakrę biskupią ks. Wyszyński przyjął na Jasnej Górze 12 maja 1946 r. Ingres do katedry lubelskiej odbył 26 maja 1946 r. Lublin dobrze znał, ale w diecezji zastał wiele problemów. Był jednak młody i energiczny, więc z zapałem zabrał się do pracy. „Rozpoczął odbudowę seminarium i katedry. Zreorganizował pracę kurii (...), wspierał odrodzenie stowarzyszeń religijnych, rozwijał wspólnoty różańcowe. Powołał Caritas, a w jej ramach utworzył referat do walki z alkoholizmem. Pijaństwo było wówczas poważnym problemem społecznym, dlatego zalecił, by w każdej parafii powstały Bractwa Trzeźwości. Zainicjował w diecezji lubelskiej wielką akcję duszpasterską, której celem było przygotowanie wiernych do pełnego i świadomego uczestnictwa we mszy i ożywienie kultu Eucharystii" - pisze Ewa Czaczkowska w książce Kardynał Wyszyński.

W listach pasterskich bp Wyszyński tłumaczył potrzebę odbudowy moralności i godności człowieka. Upominał się o prawo ludzi wierzących do wyznawania Boga i nauczania religii w szkołach. Głosił wiele kazań, zachęcał wiernych do trwania przy Bogu, a szczególnie lubili go słuchać studenci. W 1948 roku, w ostatnim liście do duchowieństwa diecezji lubelskiej napisał: „Żyjemy w bezdennych głębinach czarnej nocy. Nie ma takich zegarów, które umiałyby wskazać godzinę, w której noc przeminie. Czyż nie wiecie jednak, że ludzie chcą wiedzieć? Tak często Was pytają: Custos, quid de nocte? (Stróżu, jak długo jeszcze tej nocy?) Czy już zeszliśmy na dno, czy lecimy nadal w przepaść?"